Fan Club Oleksandra Nikitina i Mai Ostaszewskiej

Fan Club Oleksandra Nikitina i Mai Ostaszewskiej

#1 2009-09-05 18:20:29

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Wywiady i artykuły

Wywiad z Mają z 18 stycznia 2006:
    * moderator: Witam na dzisiejszym czasie. Dziś gościmy aktorkę Teatru Rozmaitości - Maję Ostaszewską. Znaną również z kilku ról filmowych i telewizyjnych. Osobiście najbardziej zapadła mi w pamięć rola w tytułowa w "Patrzę na Ciebie Marysiu". Fani "Na dobre i na złe" podziwiają ją natomiast w roli Meg Donovan - nowej dyrektor szpitala.
    * Maja Ostaszewska: Witam wszystkich bardzo serdecznie!
    * kamcia13: witam
    * paati: Jak sie pani pracuje z osobami na planie NDiNZ ?
    * Maja Ostaszewska: Bardzo dobrze. I to od samego początku. Bałam się, że trafiam do zgranej już ekipy, i że będę czuła się obco. Tymczasem wszyscy super serdecznie mnie przyjęli. Na planie panuje bardzo miła atmosfera. Spotkałam tam serdecznych ludzi i prawdziwych profesjonalistów.
    * lizka27: Rolę w "Na dobre i na złe" zaproponowano pani, czy poszła pani na casting?
    * Maja Ostaszewska: Zaproponowano mi.
    * Madzia18: MAJU CO ZMOTYWOWAŁO CIĘ DO TEGO ŻEBY ZOSTAĆ AKTORKĄ?
    * kala: maju jak zostałaś aktorką
    * Maja Ostaszewska: To zabawna historia, ponieważ pierwszy raz zakomunikowałam swojej rodzinie, że chcę zostać aktorką, kiedy miałam 6 lat. I tak już zostało. Wychowywałam się w Krakowie, gdzie jest bardzo dużo ,świetnych teatrów, zarówno dla dorosłych jak i dzieci. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie przedstawienie Alicji w Krainie Czarów, w Teatrze Groteska. A jeszcze większe to, że po spektaklu realizatorzy pozwolili dzieciom wejść na scenę i zobaczyć, jak to wygląda z drugiej strony. Ta "druga strona" zafascynowała mnie. Oczywiście wtedy było to bardzo dziecinne. Prawdziwą decyzję podjęłam, kiedy byłam w liceum. I teatr i kino były moją prawdziwą pasją. Wówczas tak bardzo chciałam być aktorką, że nie wyobrażałam sobie, że mogłabym robić cokolwiek innego w życiu.
    * Yougusia: Mieszka Pani w Warszawie?
    * Maja Ostaszewska: Tak. Od paru dobrych lat. Ale pochodzę z Krakowa i tam mieszka cała moja rodzina.
    * wiola: jest pani moją ulubioną aktorką
    * Maja Ostaszewska: Bardzo mi miło, dziękuję.
    * paati: Jakie jest Pani największe marzenie?
    * Maja Ostaszewska: Hm. Chciałabym mieć zdrową, szczęśliwą rodzinę. Chciałabym grać ciekawe, głębokie role. Pracować z ludźmi, z którymi spotkanie rozwijałoby mnie. Uwielbiam dalekie podróże, więc chciałabym móc jeszcze pojechać w parę miejsc na świecie.
    * Cicha: Ile miała pani lat gdy zagrała pani w pierwszym filmie i jaki on miał tytuł
    * Maja Ostaszewska: To była Lista Schindlera, Spielberga. I miałam, nie pamiętam, 20 lat.
    * my: jak sie gra w serialu?
    * Maja Ostaszewska: W serialu, w którym gram, gra mi się dobrze. Oczywiście, czasem jest trudne to, że odcinki są pisane na bieżąco. I czasem nie wiemy, co za chwile przytrafi się naszej bohaterce. Albo jak też ona się zmieni.
    * Kanusia: od kiedy jest pani wegetarianką?
    * Maja Ostaszewska: Właściwie całe życie. Moi rodzice nie jedzą mięsa. Przez kilka lat jadłam ryby, ale też przestałam.
    * Izabela: Czy na codzien korzysta Pani z internetu?? Ma Pani swoją stronę internetową??
    * Maja Ostaszewska: Jeśli chodzi o komputer, to jestem słaba. I raczej z niego nie korzystam. Ale mam zamiar to zmienić  Mam nawet swoją nieoficjalną stronę.
    * foffy: ma pani bardzo ładne i oryginalne imię ! czy wie pani skąd ono się wzięło, dlaczego pani rodzice dali pani akurat takie imię??
    * Maja Ostaszewska: Miło mi, że się podoba. Kiedy się urodziłam, moi rodzice fascynowali się buddyzmem. Maja to imię królowej Kapilawastu, matki historycznego Buddy Sidharty.
    * plotkara: Jaka z Pani dotychczasowych ról jest Pani najbliższa i dlaczego??
    * Maja Ostaszewska: Nie umiem powiedzieć. Prawie każda jest dla mnie ważna. Jedne dlatego, że lubię postaci, które grałam. Drugie ponieważ były dla mnie bardzo trudne - wiele musiałam się nauczyć i przełamać własne bariery. Czasem praca była miła, czasem bardzo trudna. Każda z moich ról jest dla mnie ważna. Na każdej uczę się czegoś nowego. Dotychczas najtrudniejsza - to rola w filmie Przemiany, Łukasza Barczyka.
    * asienka_z_poznania: Gdzie można Panią zobaczyć poza serialem??
    * Maja Ostaszewska: Na przykład na płycie DVD właśnie w filmie Przemiany (jest w wypożyczalniach). Co jakiś czas emitowany jest jeden z moich Teatrów Telewizji. Ostatnio Żywot Józefa. Poza tym, w teatrze TR na Marszałkowskiej 8, w Warszawie, w spektaklach: Krum, Magnetyzm serca, Stosunki Klary.
    * plotkara: Czy aktualnie przygotowuje się Pani do jakiejś nowej roli??
    * Maja Ostaszewska: Nie. Choć jestem w rozmowach dotyczących nowych projektów, zarówno filmowych, jak i teatralnych. Ale ponieważ nie mam jeszcze podpisanych umów, nie chcę o tym mówić, żeby nie zapeszyć.
    * IsHa: Czy można sie z panią umówić na plotki??
    * Maja Ostaszewska: <śmiech> Jestem bardzo zajętą osobą, z trudem znajduję czas na spotkania z najbliższymi przyjaciółmi.
    * kurdealetremawojtek: jeździ pani na nartach??
    * Maja Ostaszewska: Tak. Choć nie byłam wiele lat. W tym roku mam plan - nauczyć się na snowboardzie.
    * _mloda_: Na pewno Pani w swoim życiu przeżyła różne śmieszne historie na planie filmowym...Jaka była ta jedna, ta najbardziej zapamiętaną historią??
    * Maja Ostaszewska: O rany! Nie pamiętam! Na ogół bardzo śmieszne sytuacje są, kiedy grają małe dzieci, albo zwierzęta. Nie można nad nimi zapanować i czasem robią coś bardzo śmiesznego w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
    * przemo: ile pani waży??
    * Maja Ostaszewska: Różnie. Nie wiem, między 49 a 53 kilo.
    * Gabrysiaaa: czy jest coś co panią zaskakuje
    * Maja Ostaszewska: Bardzo wiele rzeczy. Zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Bardzo lubię być zaskakiwana przez współpracowników jakimś nowym spojrzeniem na problem, który rozpracowujemy, albo zupełnie nieoczekiwanym pomysłem rozwiązania sceny. Generalnie lubię ludzi z wyobraźnią. I poczuciem humoru.
    * IsHa: Mogłaby Pani zdradzić co będzie się działo w następnych odcinkach NDiNZ??
    * Maja Ostaszewska: Nie, nie mogę. Żadnemu z aktorów nie wolno tego zdradzać. Proszę oglądać.
    * plotkara: Czy ma Pani jakieś zwierzątko??
    * Maja Ostaszewska: Mam. Dwie kotki. Znalazłam je w krzakach, maleńkie i bardzo chore. Są już ze mną 3 lata.
    * Kanusia: podobno działa pani w jakieś fundacji
    * Maja Ostaszewska: Tak. Współpracuję z fundacjami walczącymi o prawa zwierząt. Walczącymi z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Popierającymi ekologię i wegetarianizm. Głównie z Vivą Fundacją dla Zwierząt i WWF.
    * Martyna_Mendelowska: Jak zmieniło się Pani podejście do zawodu w przeciągu ostatnich kilku lat??
    * Maja Ostaszewska: Nie mam już tak radykalnych poglądów jak kiedyś. Nauczyłam się kompromisu. Tego, że jeśli uważnie się go dokonuje, nie musi być zły. Nauczyłam się cierpliwości. Niebycia tak bardzo uzależnioną od tego, czy dostanę kolejną ciekawą rolę. Umiem się cieszyć tym, co jest. Ciągle praca jest moją wielką pasją, ale kiedy przychodzą chwile, że jest jej mniej, umiem cieszyć się swoim życiem.
    * _fanka__: Mam pytanie. Czy rola w " Na dobre i na złe" odzwierciedla pani osobowość w życiu codziennym?
    * Maja Ostaszewska: Nie. To zupełnie wymyślona postać. Poza mimiką i moim wyglądem, nie ma ze mną nic wspólnego. Ale lubię ją, lubię jej inteligencję i wrażliwość.
    * Izabela: Jaki ma Pani stosunek do popularności?? Odcina się Pani całkowicie od niej czy w jakiś sposób kontaktuje z widzami??
    * Maja Ostaszewska: Uważam, że w moim zawodzie kontakt z widzami jest konieczny. Gram dla ludzi i ich opinie są dla mnie ważne. Poza tym, bardzo lubię swoich widzów i cieszę się, że mają ochotę mnie oglądać, ze są mnie ciekawi. Nie uprawiam tego zawodu dla popularności. Nigdy o nią nie zabiegałam. Popularność jest dla mnie jakby efektem ubocznym mojej pracy, efektem ubocznym rodzaju zawodu, który uprawiam. Ale ludzie, widzowie, są dla mnie bardzo ważni.
    * Yougusia: Czy polecilaby Pani innym zawod aktorki?
    * Maja Ostaszewska: To bardzo piękny, ale też nieprawdopodobnie trudny zawód. Może być pasjonujący, dający chwile szczęścia i spełnienia, ale też jest się ciągle ocenianym, komentowanym, żyje się w ciągłym stresie. Naprawdę trzeba umieć sobie z tym radzić. Mieć do tego predyspozycje. To zawód, którego nie da się uprawiać bez talentu, ale też ciężkiej pracy i żelaznych nerwów. Generalnie powiedziałabym, że jeśli ktoś marzy, żeby być aktorem, to powinien tego spróbować. Rezygnowanie z marzeń i pasji jest bardzo smutne.
    * Cicha: Ma pani rodzeństwo ?
    * Maja Ostaszewska: Tak.
    * plotkara: Jaka jest Pani ulubiona książka??
    * Maja Ostaszewska: Jest kilka takich książek. To na pewno Śmiertelni Nieśmiertelni - Kena Wilbera. Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakamiego. Bracia Karamazow i Idiota - Dostojewskiego. Bardzo ważne są dla mnie książki buddyjskie, większość książek Dalaj Lamy. Ochraniać wszelkie życie i Trzy filary zen - Philipa Kaplau. Człowiek z wysokiego zamku, Ubik - Philipa K. Dicka. I całą tetralogię Czarnoksiężnika z Archipelagu - Ursuli LeGuin. Generalnie dużo czytam i jest masa książek, które mogłabym tu jeszcze wymienić.
    * Gocha_18: Pani rodzice fascynowali sie buddyzmem...czy odziedziczyła Pani to po nich? Jakiej jest Pani wiary?
    * lizka27: Jest pani buddystką czy chrześcijanką?
    * Maja Ostaszewska: Jestem buddystką.
    * Martyna_Mendelowska: Oglądając swoje filmy, patrząc z perspektywy czasu ma Pani poczucie, ze teraz zagrałaby Pani inaczej?? pozdrawiam
    * Maja Ostaszewska: Ja również pozdrawiam! Oczywiście, jest masa scen, które dziś zagrałabym inaczej. Masa błędów, które widzę w swoich rolach. Generalnie, staram się oglądać rzeczy, które robię, właśnie po to, żeby uczyć się na swoich błędach.
    * foffy: jaki jest pani ideał mężczyzny??
    * Maja Ostaszewska: <śmiech> Mądry. Z otwartym sercem i głową. Z poczuciem humoru. Odwagą. I inteligencją.
    * agatka_8: LUBI PANI GOTOWAĆ?? W WOLNYM CZASIE
    * Maja Ostaszewska: Hm. Nie gotuję zbyt często, bo jestem bardzo zapracowana. Więc nie mam zbyt dużego doświadczenia w tej materii, ale jest kilka dań, które lubię przygotowywać i jak twierdzą moi bliscy, (jeśli mnie nie oszukują) dobrze mi wychodzą.
    * ania1992: Jak pani lubi sie ubierać?
    * Maja Ostaszewska: Ubieram się tak, żeby dobrze się czuć. Nie znoszę być przebrana na co dzień. Lubię modę, lubię się nią bawić, ale dobieram zawsze takie rzeczy, które czuję, że do mnie pasują. Ważna jest też dla mnie wygoda. Na super uroczystości mogę założyć wysokie szpilki, ale nie wyobrażam sobie, żeby nosić je na co dzień. Ubieram się też stosownie do okoliczności. Mój zawód wymaga brania udziału w wielu oficjalnych, dużych imprezach.
    * noemi123: Jakiej Pani muzyki słucha?
    * Maja Ostaszewska: Dużo. I różnej. Od muzyki klasycznej - uwielbiam Bacha, kwartety smyczkowe Beethovena, nokturny Chopina; poprzez jazz - Milesa Daviesa, Coltrane-a, Stańkę; do muzyki współczesnej jak reggae, Gentlemana, Coldplay. Lubię muzykę, do której dobrze się tańczy. Super jest dla mnie np. ostatnia płyta Madonny. Z polskich wykonawców ostatnio słucham Możdżera i Sistars.
    * Patusia: czy przyjaźni się pani ze swoją serialową siostrą?
    * Maja Ostaszewska: Bardzo lubię i cenię Małgosię Foremniak.
    * Gabrysiaaa: najlepiej by było gdyby odbiła pani Kubę Zosi!!!
    * Maja Ostaszewska: <śmiech>
    * IsHa: Czy ludzie proszą panią na ulicy o autografy??pozdrawiam;)
    * Maja Ostaszewska: Tak, zdarza się.
    * mikimikru: a uprawia pani jakieś inne sporty?
    * Maja Ostaszewska: Regularnie ćwiczę jogę, pływam, tego lata nauczyłam się też pływać na kite-surfingu. Jeżdżę na nartach i uwielbiam tańczyć, jeśli to można zaliczyć do sportu <śmiech>
    * zuzawen: Witam. Proszę powiedzieć co się stało z planowaną ekranizacją BALLADYNY? Będzie czy nie? ;(
    * Maja Ostaszewska: Raczej nie Decyzję o odsunięciu na razie projektu podjął reżyser, Mariusz Treliński, ale być może kiedyś do niego wrócimy. Ja w każdym razie bardzo bym chciała. Ogromnie cieszyłam się na pracę z nim i tę rolę.
    * izka07: Lubi pani tańczyć?
    * Maja Ostaszewska: Uwielbiam.
    * Martyna_Mendelowska: Gratuluję nagrody KINA. Jakie ma ona dla Pani znaczenie??
    * Maja Ostaszewska: Witaj Martynko! To dla mnie ważna nagroda. Czułam się zaszczycona odbierając wyróżnienie od tak znakomitych znawców kina, jakimi są redaktorzy tego miesięcznika. Czytam go od czasu studiów i naprawdę jest to dla mnie bardzo ważne pismo.
    * tysia: Czy uważa się Pani za osobę asertywną i zdecydowana czy tez w niektórych sytuacjach brakuje Pani pewności siebie??
    * Maja Ostaszewska: Raczej nie mam kłopotu z asertywnością. Potrafię powiedzieć nie. Co nie znaczy, że jestem super pewna siebie. Mam często chwile słabości. I, co może zdziwić z racji zawodu, który uprawiam, poza sceną i ekranem mam często kłopot z nieśmiałością.
    * marta2469054: Czy lubi pani słodycze?
    * Maja Ostaszewska: Lubię.
    * kasia16: jakie Państwa lub miejsca Pani zwiedziła, a jakie chciałaby zwiedzić?
    * Maja Ostaszewska: Byłam trzykrotnie w Indiach, na długich wyprawach. W Afryce w Kenii. W Wietnamie, Kambodży, Kanadzie. I oczywiście w wielu krajach Europy. Chciałabym pojechać do Tajlandii, Malezji, Indonezji i Ameryki Południowej.
    * Martyna_Mendelowska: Czytałam, że dostała Pani propozycję zagrania we włoskim filmie. Może Pani powiedzieć coś więcej o nim?? pozdrawiam
    * Maja Ostaszewska: To była bardzo ciekawa propozycja, miałam grać mistrzynię olimpijską we florecie. Oprócz floretu musiałabym nauczyć się włoskiego (który bardzo mi się podoba). Cieszyłam się na tę rolę. Ale na razie, choć jak twierdzi reżyser - nie na zawsze <śmiech>, produkcja jest zawieszona. Zobaczymy co dalej. Jestem z nim w kontakcie.
    * lizka27: Jaką rolę Pani w swoim życiu odrzuciła żałują potem swej decyzji?
    * Maja Ostaszewska: Staram się nie żałować żadnych decyzji, wszystko dzieje się po coś. Nawet jeśli nie weźmiemy udziału w projekcie, który potem okazał się ciekawy, być może dla nas w tamtym czasie było lepiej zrobić coś innego.
    * Natali: Czy jest coś co zmieniła by pani w swoim życiu?
    * Maja Ostaszewska: Lubię swoje życie. Otaczają mnie wspaniali, mądrzy ludzie, mam zawód, który jest moją pasją i czuję się szczęśliwa. Ale oczywiście staram sie pracować nad sobą, popełniam ciągle wiele błędów. Trzeba starać się zmieniać na lepsze.
    * Maja Ostaszewska: Dziękuję wszystkim, którzy mieli ochotę spotkać się dziś ze mną. Trzymajcie się! Bądźcie szczęśliwi. Pozdrawiam! Maja
    * Martyna12345: życzę pani dalszych sukcesów życiowych i pozdrawiam
    * Martyna_Mendelowska: Dużo uśmiechu... wszystkiego pięknego:)
      ** kończy się dyskusja moderowana

Offline

 

#2 2009-09-06 12:00:48

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Maja Ostaszewska
"Nie wstydzę się swego żadnego filmu"

Maja Ostaszewska, młoda aktorka, która niedawno skończyła krakowską szkołę teatralną, na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni otrzymała nagrodę za najlepsze kreacje aktorskie w dwóch zupełnie różnych filmach. W filmie Teresy Kotlarczyk "Prymas. Trzy lata z tysiąca" zagrała prostą, wylęknioną zakonnicę, siostrę Leonię, która donosi na Prymasa. Z kolei w debiutanckim obrazie Łukasza Barczyka "Patrzę na ciebie, Marysiu" (nagroda za najlepszy debiut reżyserski), wcieliła się w rolę dojrzałej emocjonalnie młodej kobiety.
Jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu jury, z Mają Ostaszewską, na festiwalu w Gdyni rozmawiała Anna Kempys.


Gratuluję dwóch ważnych ról na tym festiwalu. Oba filmy, w których Pani wystąpiła, zrobiły na widzach duże wrażenie.

Maja Ostaszewska: Bardzo dziękuję. Jestem szczęśliwa, ponieważ za żaden film, który jest tu pokazywany, nie wstydzę się. Obydwa są dla mnie ważne. Były to bardzo ważne doświadczenia i cudowne spotkania z twórcami, którzy zrealizowali te, tak przecież różne, filmy. To jest dla mnie cenne. Wiele osób mówi mi, że te filmy były także dla nich ważne. Słyszałam podczas festiwalu wiele poruszających głosów o obu. To jest mój największy sukces, a nagrody... zupełnie o tym nie myślę.

W jaki sposób trafiła Pani do obsady "Prymasa"? To przecież jedyna rola kobieca w filmie.

MO: Trzeba by zapytać Teresę, kiedy narodził się pomysł, abym to ja zagrała siostrę Leonię. Wiem, że po raz pierwszy zobaczyła mnie w teatrze. Prawda jest taka, że nie brałam udziału w castingu, zostałam do tej roli po prostu wybrana. Tereska do mnie zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Zrobiła to w sposób szalenie taktowny, bo często zdarza się, że aktor jest tratowany jak małpka, która ma natychmiast pokazać swe umiejętności. Reżyserom nie chce się chodzić do teatru i oglądać rzeczy, które już aktorzy zrobili. Spotkanie z Teresą było naprawdę szczególne - opowiedziała mi o całej historii, wręczyła scenariusz i umówiłyśmy się na telefon za kilka dni. Przyznaję, że już po tym spotkaniu wiedziałam, że będę chciała to zagrać.

Czy to była dla Pani trudna rola? Nie ma w postaci siostry Leonii zbyt wielu cech pozytywnych, trudno ją polubić i usprawiedliwić jej donoszenie na Prymasa.

MO: To było rzeczywiście bardzo trudne. Wspólnie z Teresą Kotlarczyk świadomie zdecydowałyśmy się na takie nakreślenie bohaterki. Nie można zapominać, że siostra Leonia to postać autentyczna, która nie była w stanie podołać sytuacji, w jakiej się znalazła. Dla mnie to kobieta, która czyni zło wyłącznie z lęku i niewiedzy.
Bardzo starannie staram się wybierać rzeczy, w których gram i całą masę propozycji odrzucam. Nie mam na swoim koncie takiej roli, o której mogłabym powiedzieć, że łatwo mi się ją tworzyło. Myślę tutaj zarówno o siostrze Leonii, jak i o Marysi. Przy każdej z tych postaci musiałam się zmagać z zupełnie innymi problemami. Każda z nich, choć trudna z różnych powodów, była jednak fascynująca.

Jak Pani współpracowało się na planie z Andrzejem Sewerynem?

MO: Jestem jego wielbicielką od lat. Na pierwszym roku szkoły teatralnej, znając wcześniej wiele jego wspaniałych ról, chociażby w "Ziemi obiecanej" (jednego z moich ukochanych filmów), zobaczyłam "Mahabharatę" Petera Brooka. Rola Andrzeja powaliła mnie, nie umiem tego inaczej nazwać. Moim marzeniem było spotkać się z nim, móc uścisnąć mu rękę, powiedzieć, jakie to było dla mnie ważne. Jeszcze przed realizacją "Prymasa" miałam okazję go poznać, kiedy odwiedził ze swym przyjacielem moich rodziców w Krakowie. To była wspaniała rozmowa. Jako początkująca aktorka uważam go za swego mistrza. Byłam bardzo szczęśliwa już na spotkaniu z Teresą, kiedy dowiedziałam się, że Andrzej zagra Prymasa. To był dla mnie jeden z największych argumentów "za". Pracuje się z nim wspaniale. Jest profesjonalny, a jednocześnie ma w sobie ogromną przestrzeń. Andrzej jest niezwykle uważny i odpowiedzialny za rolę. To bardzo ważne.

Jak to się stało, że pani trafiła do filmu początkującego twórcy Łukasza Barczyka? Krytycy i widzowie zgodnie stwierdzili, że "Patrzę na ciebie, Marysiu" to narodziny polskiej Dogmy.

MO: Znamy się z Łukaszem od dawna. Uważam go za niezwykłego twórcę o wielkiej wyobraźni, wielkiej świadomości i wielkiej wrażliwości. Pokładam w nim też wielkie nadzieje. Może to śmiesznie brzmi, jestem niewiele od niego starsza, ale naprawdę to szczególne spotkanie na mojej, nie tylko aktorskiej, drodze.
Poznaliśmy się rok wcześniej. Robiliśmy wtedy taki undergroundowy film "Realistique", zupełnie bez pieniędzy, dla siebie. Rzecz nie została ukończona, ale może teraz będzie. To historia o ludziach naszego pokolenia z całą masą elementów improwizowanych. Wspaniała przygoda. Kiedy Łukasz zwrócił się do mnie z propozycją zagrania w "Marysi", zgodziłam się bez wahania. Sama postać Łukasza jest dla mnie fascynująca. Potem przeczytałam scenariusz, poraziła mnie jego szczerość i współczesny głos kogoś, kto mówi o takich ludziach jak on, jak ja, jak nasi przyjaciele. Bardzo mnie to poruszyło. Nie miałam cienia wątpliwości, że chcę w tym zagrać. Praca był wyjątkowa.

Czy ta postać była Pani bliska?

MO:Ta postać, choć różna ode mnie, była niesamowicie dla mnie ważna. Bardzo wiele się od niej nauczyłam - podejścia do świata, naturalnej otwartości na drugiego człowieka. Bardzo często spotykam się w moim pokoleniu, że ludzie strasznie dużo myślą, zamiast po prostu być. Boją się wszystkiego, głównie uczuć, nie chcą brać na siebie odpowiedzialności. Jednak w chwili, kiedy się temu poddać, tak jak się poddaje fali, to po prostu płynie się i to nie musi być przerażające, a wręcz przeciwnie - może być źródłem największego szczęścia i radości.

Łukasz Barczyk na konferencji prasowej powiedział, że "Patrzę na ciebie, Marysiu" to film o mężczyznach, którzy do końca zostają chłopcami, gdyż boją się podejmowania odpowiedzialnych decyzji, które mogą w jakiś sposób wpłynąć na ich życie. Czy pani zgadza się z jego opinią?

MO: Rzeczywiście, znam wielu takich mężczyzn, ale również wiele takich kobiet. Wśród moich bliskich jest wielu genialnych mężczyzn, więc biorę odpowiedzialność za to, co mówię. Znam też kobiety, które nie biorą odpowiedzialności za własne życie. W tym filmie ten problem był dla Łukasza ważny. Dla mnie wzruszające było to, że on w taki piękny sposób chciał opowiadać o kobietach. Na początku wydaje się, że to Marysia jest tą małą dziewczynką, a w gruncie rzeczy okazuje się, że to silna kobieta, nie kombinująca, a żyjąca i dająca miłość, gotowa na to, co niesie z sobą życie. Mężczyzna okazuje się rzeczywiście chłopcem - znam bardzo wielu takich ludzi.

Czy to, że film został zrealizowany w tak awangardowy sposób, miało wpływ na pracę na planie? Jak wyglądała ta praca, czy było wiele improwizacji?

MO: Był to rodzaj pracy, który mi szalenie odpowiada. Jestem za to zresztą wdzięczna Łukaszowi. Ja w ogóle lepiej się czuję z reżyserami, którzy dają aktorom pole do ich własnego tworzenia, kreowania, dopiero wtedy czuję, że to jest także moja praca i czuje się spełniona. Na planie było tak, że mieliśmy oczywiście tekst-matkę, czyli fantastyczny scenariusz Łukasza. Jednak w mocnych scenach, gdzie w grę wchodziło dużo emocji, były rzeczywiście całe partie improwizowane. Wiedzieliśmy jaki temat mamy przeprowadzić, które zdania muszą paść albo nie. Była też cała masa dodatkowych scen, jak na przykład ta w łazience, tuż przed ślubem, moim zdaniem najmocniejsza w filmie. Łukasz realizował ją w taki sposób, że nawet profesjonalna część ekipy się śmiała, twierdząc, że my to rzeczywiście jesteśmy młodą Dogmą. Nie była to taka prawdziwa Dogma, mieliśmy sztuczne światło i tak dalej, ale to określenie cały czas się pojawiało w trakcie pracy. Ale wracając do sceny w łazience - Łukasz ustawił aktorów tak: rodzinę na zewnątrz, a nas w łazience. Przez cały czas włączone były dwie kamery i graliśmy symultanicznie, nie wyglądało to więc tak, jak to się na ogół robi w filmach. Wiadomo było, że cały materiał nie wejdzie w całości, albo będzie to, co działo się w łazience, albo to, co na zewnątrz. Wszystko po to, żeby uzyskać prawdziwą atmosferę napięcia, prawdę zdarzeń i wiarygodny stan wszystkich, którzy wchodzą do łazienki. To, co działo się na zewnątrz, było kompletną improwizacją, nie było tych scen w scenariuszu. Również to, co działo się w łazience, było improwizowane, aktorzy mieli wchodzić na określone sygnały, ale wszystko się w trakcie rozsypało, ponieważ tak silne emocje wywoływała ta scena. Była to wspaniała improwizacja, aczkolwiek sterowana i nadzorowana przez Łukasza. Musiał sobie ze wszystkim poradzić, tym bardziej, że sam grał w tej scenie.
Zatem grał i reżyserował jednocześnie. To było naprawdę niezwykłe przeżycie.

Co się Pani ostatnio spodobało w kinie?

MO: Obejrzałam dzisiaj [sobota, piąty dzień festiwalu w Gdyni - red.] dwa filmy i nie mogę sobie odmówić powiedzenia kilku słów na ich temat. Po pierwsze zachwycił mnie obraz Piotra Dumały, animowana "Zbrodnia i kara". Moim zdaniem to prawdziwa esencja sztuki. Jestem wielbicielką talentu Dumały, odkąd zobaczyłam pierwszy jego film. Uważam, że dystansuje większość kina fabularnego w Polsce. Jego narysowane postaci mają w sobie więcej życia niż aktorzy. Nie wiem, jak on to robi, jest chyba czarodziejem. To nieprawdopodobne. Drugi film to obraz Krzysztofa Zanussiego. Myślę, że jest to bardzo mądry, głęboki, inteligentny film, z wielką rolą Zbigniewa Zapasiewicza. Bardzo mnie wzruszył. Wielki film, wielkie kino. Uwielbiam filmy Krzysztofa Zanussiego te sprzed lat i myślę, że to jest film taki jak tamte. Myślę, że to wspaniały powrót.

Proszę powiedzieć coś o swych najbliższych planach.

MO: Jestem dość smutna, ponieważ przychodzi do mnie wiele propozycji grania w filmach, które mnie nie interesują i zmuszona jestem naprawdę sporo odmawiać. Czasem ktoś do mnie mówi: "Bo Pani woli teatr". Wcale nie wolę teatru, kino jest moją wielką miłością, tak samo jak teatr. Natomiast po prostu dostaję więcej ciekawych propozycji w teatrze. Ostatnio zmieniłam Teatr Rozmaitości w Warszawie na Teatr Narodowy. Zaczęłam próbę z Jerzym Grzegorzewskim do nowej wersji "Nocy listopadowej" Wyspiańskiego. Będę grała tam Joannę w duecie z Mariuszem Benoit, który wystąpi w roli Księcia. Bardzo cieszę się na to spotkanie. W drugiej połowie sezonu Jerzy Jarocki będzie realizował "Szewców" Witkacego, mam tam zagrać Księżną. W styczniu Agnieszka Holland będzie realizowała "Trzy siostry" Czechowa dla Teatru Telewizji. Zaproponowała mi rolę Maszy - to dla mnie znowu wyjątkowa sytuacja, ponieważ marzyłam o spotkaniu się z tak wybitną reżyserką jak Agnieszka Holland, do tego mój ukochany Czechow i rola, która jest mi w nim najbliższa.
Natomiast na przełomie stycznia i lutego rozpoczynam zdjęcia do "Wiedźmina" Sapkowskiego, w reżyserii Marka Brodzkiego. Będę brała lekcje szermierki, jazdy konnej i akido. Zagram Renfri, bardzo okrutną postać, moim zdaniem bardzo interesującą, ale więcej zdradzić nie mogę.

Dziękuję za rozmowę.

Offline

 

#3 2009-09-06 12:01:02

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Oddać emocje

Rozmowa z aktorką TR Warszawa Mają Ostaszewską

W poniedziałek, 12 grudnia, po 10 latach przerwy, przyznano nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego dla najbardziej obiecującego polskiego aktora. Otrzymał ją Marcin Dorociński ("PitBull"), a publiczność wytypowała Borysa Szyca ("Symetria"). Jedyną nagrodzoną aktorką została Maja Ostaszewska., doceniona za rolę w filmie Łukasza Barczyka "Przemiany". Aktorka otrzymała wyróżnienie miesięcznika "Kino", a nam opowiedziała o trudnościach aktorskiego fachu.

- Jestem bardzo szczęśliwa, czuję się wyróżniona. Redakcja miesięcznika "Kino" to są ludzie, których ogromnie cenię To są prawdziwi znawcy kina, profesjonaliści . Tym milej jest mi od nich odebrać nagrodę i cieszę się, że mieli ochotę mnie właśnie wyróżnić - powiedziała Maja Ostaszewska.

Aktorka opowiedziała również o pracy nad filmem"Przemiany", za rolę w którym została wyróżniona.

- To była rzeczywiście dla mnie ważna i zarazem trudna rola. Z jednej strony bardzo taka naturalistyczna, z drugiej bliska mnie samej . Jednak nie było mi łatwo, ponieważ nie do końca - po przeczytaniu scenariusza - akceptowałam postawy bohaterki , nie do końca zgadzałam się z tym, co się tam dzieje - Ostaszewska powiedziała portalowi INTERIA.PL

- Musiałam z nią współodczuwać , musiałam ją zrozumieć, żeby być wiarygodną, żeby walczyć o to, o co ona walczy. Więc nie było to dla mnie takie proste - dodała aktorka.

Film Łukasza Barczyka zawiera jedną z najbardziej odważnych scen seksualnych w historii polskiego kina, w której Ostaszewska wystąpiła u boku Jacka Poniedziałka.

- W "Przemiany" było bardzo dużo emocjonalnych scen, ale staraliśmy się, żeby nie przekroczyć takie niesmacznej granicy histerii . A w sytuacji bardzo silnego rozedrgania bardzo silne trzymanie się w ryzach jest czymś takim bardzo szczególnym - zwłaszcza kiedy chce się bardzo głęboko i prawdziwie oddawać te emocje - dodała Maja Ostaszewska.

Na pytanie, co jest najtrudniejsze w zawodzie aktora, Maja Ostaszewska odpowiedziała, że sam zawód jest bardzo trudny.

- Jeśli ktoś myśli, że z każdym kolejnym rokiem odpadają nam jakieś stresy czy niepokoje - to się myli. One się owszem zmieniają, ale zawsze nam towarzyszą . Jeśli pracujemy bardzo dużo denerwujemy się, że będziemy się powtarzać. Z kolei nie chcąc się powtarzać, będziemy na siłę probowali być inni gubiąc to, co najistotniejsze - powiedziała nam aktorka.

- Nie da się uciec od samego siebie. Nie wiem co jest dla mnie najtrudniejsze - chyba tak naprawdę to jest to trudny zawód, ale jest też piękny . Muszę przyznać, że role im są bardziej trudne, tym są bardziej fascynujące - więc w gruncie rzeczy życzę sobie trudnych ról - podsumowała laureatka.

Interia.pl
17 grudnia 2005

Offline

 

#4 2009-09-06 12:01:31

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Fajnie być mamą

Jak to jest być mamą?
- Wspaniale. Muszę przyznać, że bardzo już o tym marzyłam i miałam wiele wyobrażeń, jak to będzie. Ale rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Bez własnego doświadczenia nie da się zrozumieć tego rodzaju szczęścia, miłości, tej otwartości serca, jakie pojawiają się kiedy rodzi się dziecko.
Każda kobieta pragnie tego doświadczyć..
- Większośc pewnie tak, ale nie wszystkie. Mam znajome, które nie chcą mieć dzieci, nie czują instynktu macierzyńskiego. Ja zresztą szanuję takie decyzje. Myślę, że lepiej nie być mamą w ogóle, niż mamą, któa nie chciała nią być. Bardzo ważne jest to, żeby dziecku dać makx swojej miłości i akceptacji. Bo tylko wtedy macierzyństwo ma sens.
Co jest najpiękniejsze w byciu mamą?
- Najpiękniejsze jest dziecko i te wspaniałe uczucia, jakie w nas wyzwala. Franek zrobił mi w życiu prawdziwą rewolucję. Nagle wszystko nabrało pełnego wymiaru. Na każdą rzecz, którą robię i planuję, patrzę teraz przez pryzmat jego jego dobra. Zawód jest moją wielką pasją, ale pewnych wyzwań bym się już nie podjęła, jeżeli wiedziałabym, że odbędą się ze szkodą dla mojego synka. To dotyczy również związanych z pracą przyjemności. jakiś czas temu ekipa "Katynia" została zaproszona do Los Angeles na rozdanie Oscarów. Ja również, bo gram w filmie jedną z głównych ról. Zastanawiałam się nad tą podróżą, ale zrezygnowałam, mimo, że miałam ogromną ochotę polecieć. Zapytałam lekarzy, czy jest sens zabierać tam dziecko. Okazało się, że dla takiego malucha 15 godzin lotu, zmiana czasu i temperatury nie są korzystne. Co innego, gdybyśmy mieli tam spędzić miesiąc i zdążyłby się zaaklimatyzować. Musiałabym więc go zostawić na kilka dni. Z punktu widzenia medycznego nic by mu się nie stało - karmię go, ale to możnaby jakoś zorganizować. Natomiast czułam, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi - i to oboje. A w takich sprawach trzeba polegać na intuicji.
takie maleństwo potrzebuje bliskości mamy. Ale kiedyś trzeba wrócić "do żywych"
- Wracam już powoli do pracy. Nie ma powodu, żebym z niej rezygnowała. Ja zawsze powtarzam, że szczęśliwa mama to i szczęśliwe dziecko, bo mama nie obarcza go poczuciem winy za własne niezrealizowanie i nie próbuje narzucać mu na siłę własnych pasji oraz wyboru drogi zawodowej.
Młode mamy często mówią "Przed urodzeniem dziecka moje życie było puste, a problemy wyolbrzymione. Dopiero teraz widzę, jaką byłam egoistką!" Też tak czujesz?
- Tak. Ja od dziecka jestem buddystką, tak jak i moi rodzice, a w buddyzmie bardzo ważna jest praca z własnym Ego. Mam jednak poczucie, że nigdy w życiu nie miałam tak głębokiej praktyki jak własnie w momencie pojawienia się na świecie Franka. To jest coś niebywałego - dziecko jest największym nauczycielem. Kiedy byłam sama, to postrzegałam rzeczywistość przez pryzmat swoich oczekiwań, niepokojów, marzeń, itp. Teraz on jest dla mnie najważniejszy. Mówi się, że dziecko zabiera nam czas, uwagę, ale przecież ono nas wyzwala - od egoizmu i ciągłego skupienia na sobie.
Macierzyństwo ogranicza kobietę, ale i paradoksalnie - daje jej wolność?
- Dziecko uwalnia nas od zajmowania się własnym pępkiem i rzeczami mało istotnymi. Przy okazji promocji "Katynia" mieliśmy wiele uroczystości, na których trzeba było świetnie wyglądać. Koleżanki robiły manikiur, włosy, ja nie miałam na to czasu. Pewnie w innej sytuacji czułabym dyskomfort, ale odkąd mam Frania, do wszystkiego podchodzę na luzie, a niektóre rzeczy nawet mnie śmieszą.
Bo są sprawy ważniejsze..
- Tak. Kiedy z dzieckiem jechałam na festiwal do Berlina, uznałam, że z tym całym majdanem dzidziusiowym najwygodniej nam będzie w pociągu. Franek był spakowany super, mimo że wszystkiego wzięłam mu za dużo: ubranek, zupek, pieluszek. Sobie zapakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Wstałam wcześnie, jednak nie budziłam Frania. Chciałam, by jak najdłużej spał, bo jest śpiochem, po mamusi. Zwlekałam więc do ostatniej chwili i zrobiło się strasznie późno. Mój narzeczony, Michał, ponaglał mnie: "Nie zdążycie na pociąg. A te rzeczy trzeba jeszcze wnieść do przedziału". Złapałam więc pierwszy z brzegu płaszcz i pobiegliśmy do samochodu. I tam dopiero zorientowałam się, że wzięłam sportowy, a czekają mnie przecież eleganckie przyjęcia. Jeszcze niedawno miałabym z tym problem - że zakładam szpilki i suknię od Paprockiego & Brzozowskiego, a mój płaszcz nie pasuje do całości. Tymczasem fakt, że jadę tam z dzieckiem sprawił, że zupełnie się rozluźniłam. Podczas dnia prasowego, gdzie miałam wywiad za wywiadem, mówiłam: " Stop! Proszę natychmiast zawieźć mnie do hotelu, bo jest już pora karmienia". A dziennikarze: "Jak to? Nie możemy teraz przerwać!" Ja im na to: " Trudno, to jest dla mnie ważniejsze". I tak jest ze wszystkim. najważniejsze jest, żeby Franek był zdrowy, szczęśliwy i bezpieczny.
A Twoja relacja z narzeczonym? Zmieniła się odkąd zostaliście rodzicami?
- Tak. Co prawda, my mieliśmy wspaniałą relację przed urodzeniem się Frania, ale teraz jeszcze bardziej się pogłębiła. oczywiście, są momenty, że jesteśmy z Michałem bardzo zmęczeni, czasem nawet rozdrażnieni, bo ktoś czegoś nie zrobił, nie dopilnował, itd. Ale kiedy patrzę na pary, które nie mają dzieci, to widzę, jak bardzos się od niech różnimy. Oni czasem o takie błahostki się kłócą, prowadzą ze sobą jakieś gierki. My nie mamy na to czasu, ani ochoty. Staliśmy się rodziną - tak to właśnie czujemy. Naprawdę fajnie jest, gdy dziecko ma rodziców, którzy się kochają, którzy chcieli je mieć, zwłaszcza, kiedy jest malutkie, to jest bardzo absorbujące, i rodzice nie mają już tyle czasu dla samych siebie. Związek musi stać się dojrzalszy.
Podobno na wszystko można znaleźć czas - jeśli się tego chce.
- na razie nie znajduję czasu na własne przyjemności, niezwiązane z dzieckiem. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio wypoczywałam. Jeśli coś czytam, to albo to jest związane z moim zawodem, albo dotyczy Frania - mam na myśli książki na temat wychowania, zdrowia dzieci. jak kupię film na DVD, to odkładam na półkę, bo nie mam czasu go obejrzeć. Nawet w nocy - bo wtedy piorę, sprzątam albo jestem tak zmęczona, że nie mam siły na nic. Może problem tkwi we mnie? Rozpieszczam mego synka, jestem na każde jego zawołanie. Ale wydaje mi się, że to jest naturalne - że te maleńkie dzieci to są małe księżniczki i książęta. I że wszystkie mamy są na początku "na służbie". Gdy dziecko podrośnie, łatwiej mi bedzie zająć się sobą. Gdy przychodzi niania, natychmiast wyruszam z domu. Załatwiam jedną pilną sprawę po drugiej: dzwonię w sprawach zawodowych, chodze na spotkania, opłacam rachunki, robię zakupy.. Ale świadomość, że w domu czeka na mnie Franek, sprawia, że wszystko robię szybciej i sprawniej, żeby jak najprędzej móc znowu być z nim. On zmienia się teraz z dnia na dzień, a ja nie chcę niczego przegapić.
Ale magiczne słowo "mama" jeszcze nie padło?
- Jeszcze nie. Ale Franio jest wspaniały, bo nie dość, że gaworzy, to jeszcze sobie podśpiewuje. Gdy zaczyna się robić senny, to sam sobie śpiewa kołysankę. To na razie bardziej przypomina zawodzenie niż śpiew, ale ja to ubóstwiam i czekam zawsze, aż usłyszę te dźwięki. Teraz jest na etapie zachwytu piskami i co chwilę pojawiają się w tej dziedzinie nowe osiągnięcia. Ale to może być powalające, jak wreszcie powie "mama" albo "tata". To nie jest podbno kwesta tego, co dziecko chce powiedzieć, ale co jest mu łatwiej wymówić: "t" czy "m". Ja widzę, że on ćwiczy, układa język, wywija go. Wychodzi my jakieś "bzkh". Czekamy na więcej.
Podobno koledzy żartują z Ciebie, że szukasz pretekstu, żeby nie wracać do pracy..
- W ciąży powtarzałam ciągle, że po trzech miesiącach po porodzie zamierzam wrócić do pracy. Natomiast okazało się, że po urodzeniu Franka zupełnie mi sie nie śpieszy. Teraz już mamy nianię, więc często mnie zastępuje, ale przez wiele miesięcy codziennie byłam w Łazienkach na trzygodzinnym spacerze. Spacery dają oddech, wyciszenie. Ja zawsze bardzo oddawałam się zawodowi. Dużo grałam i myślę, że jeszcze będą dużo grać. Ale wielkim skarbem jest umieć zatrzymać się na chwilę w codziennym biegu. Ciąża cudownie przygotowuje do tego zwolnienia tempa. Rozkoszuję się ciągle tym stanem. Ale w kwietniu zaczęłam zdjęcia do nowego serialu o cichociemnych i II wojnie światowej w reżyserii M. Kwiecińskiego. Będą miała też kilka dni zdjęciowych w nowym filmie Juliusza Machulskiego. Wracam również do teatru. W maju lecę do Paryża, z moim ukochanym spektaklem "Anioły w Ameryce" i oczywiście z Frankiem. Do intensywnych prób wracam dopiero od września.
Tak naprawdę to masz pełne prawo odpocząć, przepracowałaś przecież całą ciążę.
- To prawda. Gdy przygotowywaliśmy "Anioły..", byłam we wczesnej ciąży. pamiętam, że raz, w drodze do teatru prawie zemdlałam i taka zielonoblada weszła na scenę. Moi koledzy w krzyk: " Co się stało?" A ja; " Nic, nic, jakoś mnie głowa boli." Bo przyjęło się, że przez pierwsze trzy miesiące nie mówi się o ciąży. I myślę, że słusznie, bo różnie może być. ALe nie jest to łatwe, bo w momentach, w których gorzej się czujemy, nie dostajemy wsparcia czy zrozumienia. Ja w pierwszych miesiącach miałam typowe objawy: mdłości, zawroty głowy. Ale potem, dzięki Bogu, miałam bardzo dobrą ciążę. I wielką potrzebę bycia aktywną. W tearze grałam do 6. miesiąca, bo właściwie nie przytyłam - tylko tyle, ile waży ciąża. Brzuszka długo nie było widać. Gdy zaczęła się z niego robić piłka, zakładałam wielkie T-shirty Michała. Grałam niezbyt atrakcyjną postać, wymyśliłam więc, że mogę łatwo ukryć ciążę. Zaczęłam chodzić zgarbiona, z zapadniętymi ramionami, a wtedy koszulka prostowała się na brzuchu. Pamietam tę ekwilibrystykę, żeby ukryć brzuch. Kiedy zrobił się zbyt widoczny, odeszłam na urlop macierzyński.
A "Katyń"?
- Tak się złożyło, że mój pierwszy tydzień ciąży był jednocześnie ostatnim tygodniem zdjęciowym w "Katyniu". Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Śmialiśmy się potem z panem A. Wajdą, że mój synek powstawał w brzuchu tyle czasu, ile trwała postprodukcja filmu, bo kiedy Franek się urodził, to "Katyń" był już gotowy. Żartowaliśmy, że powinien znaleźć się w napisach końcowych. Kiedy w lutym pojechaliśmy z "Katyniem" do Berlina, to Franek, jak już wspomniałam, był ze mną. Dostał pięknego pluszowego misia od szefa tego festiwalu. Na raznie nie może tego docenić, ale kiedyś będzie miał niezwykłą pamiątkę.
Obejrzy też stare odcinki "Na dobre i na złe", zobaczy jak wyglądała mama w ciąży..
- Miałam tam bardzo dużo scen, bo mój wątek był mocno rozkręcony. Grałam do 8. miesiąca, czyli niemal do rozwiązania. Producenci i scenarzyści od początku chcieli wykorzystać moją ciążę w serialu. Najpierw byłam temu przeciwna, bo uważałam, że jest to w pewnym sensie sprzedawanie mojej prywatności. Ale potem pomyślałam, że jak się jest osobą publiczną, to i tak jest się w mediach. Ile razy odnotowano, że jestem w ciąży, mimo, że sama na ten temat nie mówiłam? Dlatego w końcu się zgodziłam. Uznałam, że jeśli będę musiała mobilizować się co jakiś czas do pracy, to się zasiedzę. Nie zgodziłam się jednak, żeby mój synek występował razem ze mną w serialu.
Frankowi bardzo śpieszył się na świat - urodził się miesiąc przed terminem!
- Śmiejemy się, że nie chciał być Panną (jak mama), tylko Lwem. Rzeczywiście, wyciął nam nieprawdopodobny numer! Miał się urodzić na początku września, więc miesiąc wcześniej wybraliśmy się z Michałem na kilka dni nad morze. Przed wyjazdem poszłam do lekarki upewnić się czy wszystko jest w porządku. czułam się fantastycznie, byłam w bardzo dobrej formie. Myśleliśmy, że po powrocie znad morza spokojnie zdążymy wszystko zorganizować: łóżeczka, przewijaki, komódki, wanienki, itd. Niczego wcześniej nie kupowaliśmy, bo zakupy chcieliśmy robić razem z Michałem, a on dopiero wtedy kończył zdjęcia do nowego filmu fabularnego. Ale gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, to.. Franek zaczął się rodzić! Przestraszyliśmy się, czy zdążę wrócić do Warszawy. Była więc gorąca linia między moją panią doktor, a lekarzami z Pucka. padła decyzja, że jednak wracamy. Nie zapomnę tej podróży do końca życia. Zdecydowaliśmy się na pociąg, ponieważ były wakacje i potworne korki. Jechałam z siostrą Michała, a on za nami samochodem. Przez całą podróż siedziałam sztywna, żeby nie zacząć rodzić, bo już mi zaczęły odchodzić wody. Uprzedziłyśmy konduktora, że jakby było awaryjne hamowanie, to żeby natychmiast wzywał karetkę, bo to znaczy, że się zaczęło. Było nerwowo, ale dałyśmy radę. Natomiast Michał utknął na trasie, trzymałam kciuki, by zdążył, bo chcieliśmy rodzić razem. Podświadomie czułam, że zdąży. I tak się stało. Franek chyba na tatę czekał, bo rodził się całą noc, siłami natury - poród zaczął się o 20, a skończył o 8 rano.
Nie miałaś oporów przed rodzinnym porodem? Wiele kobiet nie chce, żeby ukochany widział je krzyczące, obolałe..
- Myślę, że wszystko zależy od tego, jakimi osobami są kobieta i mężczyzna, i jak wygląda ich związek. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z kimś, dla kogo to doświadczenie byłoby odrzucające. Wydaje mi się, że w takiech chwilach jak poród jesteśmy najbardziej ludzcy. Dla mnie bycie razem w takich momentach jest bardzo ważne. Nie można jednak wywierać na nikim presji. Kobieta ma prawo powiedzieć "wolę rodzić sama" albo "chcę być z innymi kobietami i poczuć się plemiennie". Rozumiem też, że mężczyzna może nie chceć wejść na porodówkę. takie decyzje trzeba szanować.
Jesteś znana z dogłębnej analizy swoich postaci filmowych i teatralnych. W jaki sposób przygotowywałaś się do roli mamy?
- Bardzo dużo czytałam i rozmawiałam na ten temat. Niesamowicie zmieniła się wtedy moja relacja z moją mamą. Zawsze byłyśmy sobie bardzo bliskie, ale wtedy jeszcze bardziej się do siebie zbliżyłyśmy. Strasznie mnie ciągnęlo do rozmów z nią. O wszystko ją wypytywałam. Mama urodziła czwórkę dzieci, więc naprawdę jest znawczynią tematu. W ciąży nie czułam strachu przed macierzyństwiem, tylko ciekawość i radość. Oczywiście, jak już Franio się pojawił, to dopadły mnie niepokoje. Ale to jest typowe, gdy po pobycie w szpitalu człowiek wraca do domu, to wszystko jest nowe, więc zastanawia się czy nie popełnia jakiś błędów. Ale nie miałam depresji poporodowej ani załamania typu baby blues. Owszem, był taki dzień, gdy wszystko mnie przesadnie rozczulało: to, że Franio jest taki malutki, to, że narodziny to cud.. Cały dzień w szpitalu przepłakałam. Bo to ogromne emocje, hormony! Byłam dość dzielna w czasie porodu, nie rozklejałam się. Emocje kłębiły się i trzeba było dać im upust.
Podkreślasz, że w ciąży byłaś w świetnej formie. Jak o siebie dbałaś?
- Do końca byłam bardzo aktywna, pływałam, chodziłam na spacery. Ale na przykład byłam przekonana, że skoro od lat ćwiczę jogę, to będę chodzić na jogę dla ciężarnych, a tymczasem zupełnie nie miałam siły na zajęcia. Słuchałam swojego organizmu - jak miałam ochotę leżeć do góry brzuchem cały dzień, to leżałam. Co zresztą zdarzało się rzadko, bo dużo pracowałam, chodziłam po mieście, jeździłam do znajomych. W domu wykonywałam proste ćwiczenia, które znam z jogi - rozciągające na łydki, oddechowe, relaksacyjne.
A jak się odżywiałaś? Jesteś wegetarianką..
- Nie jadłam mięsa. I teraz też nie jem. Współpracuję z wieloma fundacjami, które walczą z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt i promują wegetarianizm - mam więc teraz wielką broń w naszej sprawie, dowód na to, że konieczność jedzenia białka zwierzęcego w czasie ciąży to stereotyp. W ciąży co miesiąc robi się badania, a ja miałam ( i nadal mam) rewelacyjne wyniki. Brak żelaza to problem, który może dotknąć zarówno osobę, która jada mięso, jak i wegetariankę. A Franek - wystarczy spojrzeć - jest okazem zdrowia, to duże dziecko, nawet większe niż jego rówieśnicy.
To znaczy, że on też będzie wegetarianinem?
- Ja i moje młodsze rodzeństwo nigdy nie jedliśmy mięsa i jesteśmy zdrowi. Zbieram informację na temat wegetarianizmu u dzieci. Ale myślę, że Franek sam kiedyś zdecyduje, czy chce być wegetarianinem. na razie nie daję mu mięsa, bo nie jest do niego przyzwyczajony i go nie potrzebuje. Śmieję się, że mój syn nie jest zrobiony z mięsa, bo nie dostarczałam mu go, gdy byłam w ciąży, ani teraz karmiąc go własnym mlekiem. Ale może wdał się w tatę? Michał je ryby i drób, więc kiedy Franio podrośnie i będzie chciał spróbować ich od taty, to nie będę mu bronić. Nawet najsłuszniejsza ideologia nie może być narzucana.
Jesteś tradycjonalistką, masz dużą rodzinę. Franek chyba nie będzie jedynakiem?
- Nie wiem, czy rodzinność jest równoznaczna z tradycjonalizmem. Owszem, fajnie by było, gdyby mój syn nie był jedynakiem. Ale zobaczymy, jak się życie ułoży. Dziś jestem szczęśliwa z tego, co mam...

Offline

 

#5 2009-09-06 12:01:58

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Odkrywam w sobie zwierzęcość

Buddystka i wegetarianka. Mówi, że pielęgnacja zaczyna się od akceptacji samej siebie. Maja Ostaszewska  ćwiczy jogę, lubi dobre kosmetyki, ale to macierzyństwo pokazało jej nowy wymiar kobiecości. Przybliżyło do natury i dało wolność.
Ma 35 lat. O tym, że będzie występować na scenie, wiedziała już mając lat sześć. Jest osobą zdecydowaną, więc postawiła na swoim. Dziś aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie. Grywa również w filmach – ale nie byle jakich. Ma na koncie epizody w oscarowych obrazach – „Liście Schindlera” Stevena Spielberga i „Pianiście” Romana Polańskiego, a ostatnio zagrała jedną z głównych ról w „Katyniu” Andrzeja Wajdy. Od pół roku jest mamą małego Franka.

Z czym buddystce kojarzy się słowo: „pielęgnacja”?

Dla mnie najważniejsze jest pielęgnowanie relacji z bliskimi, pielęgnowanie czasu dla siebie, zwłaszcza że mój zawód jest niebywale absorbujący, ale również pielęgnowanie w sobie uważności i otwartości.

Trzeba być uważnym, żeby interweniować, jeżeli jest taka potrzeba? Powiedziała Pani, że jedną z najlepszych rzeczy, jaką kiedykolwiek zrobiła dla siebie, było pójście na psychoterapię.

Każdemu polecam. Polki ciągle wstydzą się mówić głośno, że sobie nie radzą. Zupełnie niesłusznie. Dostrzeżenie problemu, przyznanie, że nie potrafi się go rozwiązać, i gotowość do pracy nad nim jest, w moim poczuciu, odwagą. Bardzo ważne jest, żeby zaufać swojemu terapeucie.To ktoś, kto stawia przed nami lustro. Musimy chcieć się w nim przejrzeć. Terapia, jeśli trafimy do odpowiedniej osoby, może naprawdę bardzo pomóc. Nie tylko rozwiązać problem, ale również rozwinąć samoświadomość.

Pomoże znaleźć w sobie kogoś, o kogo warto zawalczyć?

Tak. O kogo warto dbać, kogo warto polubić i się z nim zgodzić. A osoby, które są dobre dla samych siebie, są też dobre dla innych. Ważne jest, żeby być szczerym nie tylko wobec bliskich, ale również z samym sobą i – jak mówi moja przyjaciółka – nie ściemniać. Kiedy widzę, że dzieje się ze mną coś niepokojącego, odważnie staję do konfrontacji.

I równie odważnie umie Pani powiedzieć nie?

Asertywność jest zdrowa.

Ale niekoniecznie wrodzona. Pani poszła się jej nauczyć.

Bardzo dużo dał mi udział w kursie Wen-Do (samoobrony i asertywności), prowadzonym przez feministki. Wspaniałe doświadczenie.

Podobnie jak terapia? Idealne, kiedy jest się na życiowym zakręcie?

Rzeczywiście był to moment w moim życiu, kiedy poczułam potrzebę zrobienia czegoś dla siebie. Najlepiej w gronie kobiet. Żeby poczuć dobrą kobiecą energię. O tym kursie słyszałam wiele dobrego. Były na nim moja młodsza siostra i przyjaciółka. Polecały. I słusznie. W naszym społeczeństwie istnieje stereotyp, że kobiety ze sobą głównie rywalizują i raczej próbują sobie przeszkadzać, a to nieprawda. Przyjaźnię się z kobietami. I bez problemu buduję z nimi czyste relacje. Na Wen-Do doświadczyłam prawdziwej i pięknej kobiecej solidarności.

Odkryła Pani w sobie nowe pokłady siły? Takie kursy mają służyć również temu.

Mam silną osobowość, ale i momenty słabości. Zauważyłam, że z wiekiem uczę się do nich przyznawać. Ale nowy wymiar siły pokazało mi przede wszystkim macierzyństwo. Siły wręcz zwierzęcej. Kiedy leżę z Frankiem, karmiąc go, czuję się czasami jak tygrysica ze swoim małym. Ciąża i poród to niezwykle organiczne, cielesne doświadczenie. Przybliżające nas do przyrody. Nie chcę się od tego odcinać. Lubię odkrywać w sobie tę zwierzęcość. Franek sprawił, że z szalenie aktywnej osoby stałam się domatorką. Nauczył mnie, że można zwolnić, a świat się nie zawali. Dał mi równowagę. I miłość totalną. Poświęcanie mu czasu jest najprzyjemniejszym zajęciem, jakie można sobie wyobrazić, ale staram się w macierzyństwie być dobrą, cierpliwą i wyrozumiałą również dla siebie.

Macierzyństwo dało Pani wolność? Niektóre kobiety czują się nim ograniczone.

Ogranicza tylko z pozoru. Chodzi o czas, logistykę i organizację codzienności. Ale na głębszym poziomie zdecydowanie daje wolność. Mam poczucie, że mój syn nadał sens mojemu życiu. Jego pojawienie się bardzo wyraźnie ustawiło moje priorytety. Zawsze miałam niby te same, ale raczej w głowie, podczas gdy w sferze emocji jednak trwała ciągła szarpanina. Franek sprawił, że teraz wszystko jest jasne, prostsze. Decyzję podejmuje szybciej, w oczywisty sposób. Przez pryzmat jego, a nie moich własnych potrzeb.

Buddyzm daje wskazówki do bycia mamą?

Na pewno daje narzędzia, które można w macierzyństwie wykorzystać. Ale ja się śmieję, że wychowywanie dziecka samo w sobie może być wręcz drogą duchową.

I może zastąpić medytację?

Coś w tym jest, bo nigdy wcześniej w takim stopniu jak teraz, kiedy skupiam się na moim synku, nie doświadczyłam pracy z własnym ego, a to przecież istota buddyzmu.

Praktykuje Pani teraz buddyzm w najprzyjemniejszej formie?

Staram się być uważną mamą. Bo dzieci można różnie wychowywać, tak jak można „uprawiać” buddyzm na wiele sposobów. I niekoniecznie trzeba być buddystą, żeby się duchowo rozwijać. Każdy musi znaleźć własną ścieżkę. Dla jednego to będzie gorliwa modlitwa, dla innego medytacja, a dla jeszcze kogoś pomaganie chorym. Ważne, żeby z każdym dniem być nie tylko starszym, ale starać się być też mądrzejszym, uważniejszym. Człowiekiem, matką.

I nie nabzdyczać się na swój własny temat, jak kiedyś Pani powiedziała.

To jest szczególnie niebezpieczne, kiedy uprawia się zawód aktora. Z bliżej nieokreślonego powodu pojawia się nagle dziwaczne poczucie, że jest się wyjątkowym. Mam szczęście, że z zasady jestem wobec siebie bardzo krytyczna. Ale kiedy stoję na scenie, zdarza mi się, nakręcać. Wiem, że granica między zdrowym, zawodowym egoizmem, który każdemu aktorowi jest potrzebny, a poczuciem „jestem boska” bywa bardzo cienka. Uważam, żeby wychodząc z teatru, wychodzić też z roli. I nigdy nie grać w życiu. Bo to, co na scenie jest prawdą, w życiu jest sztuczne.

Powiedziała Pani, że im jest starsza, tym mniej w Pani niepokoju. Zazwyczaj kobiety czują odwrotnie.

Staram się doceniać to, co mam. Wiem, że wybrałam dla siebie właściwy zawód, bo robię coś, co lubię. Poza tym wiem, że otoczyłam się właściwymi ludźmi. Z każdym dniem jest we mnie coraz mniej pazerności. Zachłanność młodości zastępuje powoli spokój. To chyba jedna z cenniejszych zdobyczy związanych z dojrzałością. Chociaż oczywiście, tak po babsku, jestem świadoma upływającego czasu. Podobnie jak tego, że w moim zawodzie są takie drzwi, które już się dla mnie zamknęły. Ale prawdę mówiąc, nigdy nie grałam podlotków, więc nie czuję też, że coś straciłam. Myślę, że właśnie teraz mogę sięgnąć po najciekawsze role, że to bardzo dobry wiek dla aktorki.

A dla kobiety?

Nie wiem, jak jest później (śmiech). Wielokrotnie słyszałam od dojrzalszych kobiet, że później jest jeszcze lepiej. I oby tak było. Czekam z ciekawością. I nie boję się tego, co zobaczę jutro w lustrze. Nie mam powodu, żeby mając 35 lat, udawać, że mam 20. Na pewno wolę siebie dzisiejszą niż tę sprzed kilku lat. Bo czuję, że jestem siebie bardziej świadoma. Swoich osiągnięć, ograniczeń, wad i zalet. Nie ma już we mnie tego młodzieńczego miotania się i ciągłego zadawania sobie pytań. Bo padło już wiele ważnych odpowiedzi. Uspokoiłam się.

Bo wytrwale Pani nad tym pracowała, wiedząc, kiedy i kogo poprosić o pomoc, zachowując przy tym niezależność?

Czuję się niezależna i bardzo mi z tym dobrze. Jestem samodzielna, ale bardzo silnie związana z moimi bliskimi. Z moim ukochanym, synkiem, rodzicami, rodzeństwem. I dzisiaj jestem już pewna, że to są najwspanialsze zależności, od których można być w życiu zależnym (śmiech). Trzeba nauczyć się korzystać z pomocy innych, umieć o nią poprosić i podziękować za nią. Ale dobrze jest też wierzyć w swoją siłę.

I w swoją kobiecość?

Pielęgnowanie w sobie kobiety należy zacząć od akceptacji. To podstawa. Kiedy siebie akceptujemy, jesteśmy naturalne, rozluźnione, a przez to właśnie bardziej kobiece. Ale jest jeszcze ta bardziej przyziemna strona: trzeba o siebie po prostu dbać. O ciało, bo ono nam, kobietom, potrafi wspaniale służyć. Trzeba mu się odwzajemniać, dobrze je odżywiać, sprawiać przyjemności. Ja na przykład ćwiczę jogę, lubię też dobre kosmetyki.

A przejrzeć się w oczach mężczyzny? Jaką wagę ma dla kobiety komplement, kiedy ona sama czuje się ze sobą dobrze?

Kiedy od najbliższego człowieka, mojego mężczyzny, słyszę: „Jesteś piękna” – ogromną. Każdej kobiecie, nawet tej żyjącej ze sobą w zgodzie, zdarza się gorszy dzień, wtedy spojrzenie ukochanego może wiele zdziałać. Ale na pewno nie dowartościuje nas, kiedy same czujemy się ze sobą fatalnie.

Mówi Pani, że są rzeczy, których już nie zrobi. Nie za wcześnie na takie deklaracje?

Teraz sobie pomyślałam, że to wszystko, co powiedziałam, może brzmieć, jakbym miała 50, a nie 35 lat (śmiech). Pewnie mogę jeszcze wiele zrobić. Mogę, ale nie muszę. Już się nie gorączkuję. Bo cieszę się tym, co jest.

(wywiad dostępny dzięki uprzejmości Dity z forum Burskich)

Offline

 

#6 2009-09-06 13:36:12

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

WYWIAD Z MAGAZYNU "PANI" - zdjecia w galerii

Na rozmowę Maja umawia się z nami w Łazienkach. Uwielbia ten park. W każdy wolny dzień przychodzi tu na spacer z synkiem.



Franciszek właśnie skończył rok. Przyznaję, że zwariowałam na punkcie synka. Nieustannie mnie zachwyca i wzrusza. Nadał nowy sens mojemu życiu, wyraźne priorytety i radość każdego dnia. Jest podobny do Michała, swojego taty. Ma takie same niebieskie oczy, jego uśmiech. Franek pojawił się na świecie w idealnym momencie. Od trzech lat jestem w szczęśliwym związku. Oboje z Michałem bardzo pragnęliśmy dziecka, czuliśmy, że jesteśmy na nie gotowi. Teraz synek – co oczywiste – wypełnia dużą część mojego dnia, spędzam z nim każdą wolną chwilę, i on, i ja tego potrzebujemy. Żartuję, że przez kilka najbliższych lat jesteśmy na służbie u Franciszka, ale to najmilsza służba, jaką można sobie wyobrazić. Franio jest pogodny, czuły i ciekawy świata.



Zawsze pociągali mnie mężczyźni o silnej osobowości. Tacy, którzy mają potrzebę wolności, pasję, a jednocześnie są mądrzy, ciepli i odpowiedzialni. Właśnie taki jest Michał (Michał Englert, syn aktorki Marty Lipińskiej i Macieja Englerta, dyrektora Teatru Współczesnego w Warszawie – przyp. red.). Ma też ogromne poczucie humoru. Znaliśmy się od dawna, zawsze uważałam, że jest fantastycznym człowiekiem, i bardzo go lubiłam. Pierwszy raz popatrzyliśmy na siebie inaczej niż kumple, kiedy na jednej z imprez na Festiwalu Teatru PR i Teatru TVP w Sopocie zaczęliśmy ze sobą tańczyć. Przetańczyliśmy całą noc. Od początku czułam, że jestem z właściwym mężczyzną. Doskonale się rozumiemy. Michał jest operatorem filmowym, oboje funkcjonujemy w tym samym środowisku, ale wykonujemy różne zawody, więc nie ma między nami cienia rywalizacji, która mogłaby się pojawić na przykład w związku aktorskim. Michał ma na mnie dobry wpływ, przy nim się uspokoiłam. Jest też wspaniałym ojcem.

Po urodzeniu Franka zrobiłam sobie siedmiomiesięczną przerwę. Nie miałam niepokoju, że zniknę zawodowo. Z jednej strony byłam bardzo szczęśliwa i w ogóle nie brakowało mi pracy, z drugiej strony tak się złożyło, że prawie rok temu, we wrześniu, była premiera „Katynia” Andrzeja Wajdy. Pojawiłam się na kilku konferencjach prasowych, na premierze, później na festiwalu w Berlinie. Do pracy wracam powoli. Najpierw na wiosnę pojechałam ze spektaklem „Anioły w Ameryce” Krzysztofa Warlikowskiego do Paryża. Zarówno w Berlinie, jak i w Paryżu Franio był ze mną. W lipcu skończyłam zdjęcia do serialu historycznego „Czas honoru” Michała Kwiecińskiego. Zagrałam też drugoplanową rolę w fabule Juliusza Machulskiego „Ile waży koń trojański?”. Moja bohaterka to wyrazista, wredna baba – ciekawe doświadczenie, bo zazwyczaj gram te dobre i wrażliwe. Zaproponowano mi też udział w filmie Agnieszki Holland „Prawdziwa historia Janosika”. Jestem podekscytowana tym projektem, bo nazwisko Holland działa na mnie magnetycznie.



Jestem aktorką już dziesięć lat. Mimo to ciągle się uczę, jestem w drodze. Jednak to wystarczająco dużo czasu, żeby poznać ten zawód, rozwinąć warsztat, zyskać świadomość siebie jako aktorki. Mam to szczęście, że cały czas dużo gram, czuję się spełniona, doceniana, dostałam wiele nagród. Ale z drugiej strony prawda jest taka, że nie siedzę w domu i nie przebieram w scenariuszach. U nas powstaje tak mało fabuł z dużymi rolami kobiecymi, że trudno jest nie wziąć co jakiś czas udziału w czymś, co nie jest szczytem marzeń. Bywa, że mnie to frustruje. Zawodową bazą jest dla mnie teatr. Daje mi poczucie stabilizacji i możliwość ćwiczenia warsztatu.

Miałam bardzo dużo szczęścia na początku drogi zawodowej. Za rolę w przedstawieniu dyplomowym – generałowej w „Płatonowie” Antoniego Czechowa w reżyserii Krystiana Lupy – otrzymałam Grand Prix Festiwalu Sztuk Teatralnych. Dzięki temu zagrałam główną rolę w filmie „Przystań” Jana Hryniaka i dostałam główną nagrodę na festiwalu w Gdyni. Potem Piotr Cieślak z Teatru Dramatycznego w Warszawie zaproponował mi rolę Rosalindy w „Jak wam się podoba” Szekspira.



Dla młodziutkiej aktorki to był szczyt marzeń. Wierzę, że nic nie zdarza się przypadkiem, że los nie przynosi niczego niepotrzebnego. Wtedy ta propozycja Piotra Cieślaka pomogła mi podjąć decyzję o przeprowadzce do Warszawy. Uważałam, że w Krakowie byłabym ciągle identyfikowana jako córka Jacka Ostaszewskiego (muzyka, współzałożyciela grupy Osjan – przyp. red.), a ja bardzo chciałam odciąć pępowinę. Występowałam w kilku warszawskich teatrach: w Studio, Narodowym. Przez kilka lat grałam w Teatrze Rozmaitości TR Warszawa. Teraz przeniosłam się do nowego teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Spotkanie z nim to jedno z przełomowych wydarzeń w całej mojej drodze zawodowej. Dzięki niemu zaczął się dla mnie nowy etap. Krzysztof jest wybitnym twórcą, intelektualistą o ogromnej wiedzy i niesamowitej wyobraźni. W Europie jest uwielbiany, ostatnio w Paryżu przez tydzień co wieczór mieliśmy owacje na stojąco i dostaliśmy prestiżową nagrodę dla najlepszego spektaklu niefrancuskojęzycznego.



Bardzo wcześnie postanowiłam, że zostanę aktorką – miałam wtedy zaledwie sześć lat. Właściwie nigdy nie przyszedł mi do głowy inny pomysł na życie. Marzenie małej dziewczynki przerodziło się w pasję nastolatki. Ja nie chciałam, ja musiałam dostać się do szkoły aktorskiej. Sama się przygotowywałam do egzaminów. Tuż przed nimi poszłam do Krystiana Lupy, który był zaprzyjaźniony z moimi rodzicami, i poprosiłam, żeby mnie przesłuchał. Usłyszałam wtedy bardzo podbudowujące słowa, że w zasadzie mam już osobowość aktorki, a szkoła jest mi potrzebna tylko po to, żeby nauczyć się warsztatu. Jednak już na pierwszym etapie egzaminów odpadłam. To był szok, poczucie strasznej porażki.



Pamiętam, że Anna Polony wzięła mnie na bok i powiedziała: „Dziewczyno, nie możesz zrezygnować, taka wada wymowy jest do zlikwidowania w rok”. I to była prawda. Myślę więc, że chociaż tamta decyzja egzaminatorów nie była do końca słuszna, to lekcja pokory, którą wtedy dostałam, miała sens. Zrozumiałam, że czasem trzeba powalczyć o to, co się kocha. Już wtedy nauczyłam się, że w tym zawodzie nie ma sprawiedliwości. Rok później wróciłam zahartowana. W szkole teatralnej miałam szczęście spotkać wybitne indywidualności. Krystian Lupa, Jan Peszek, Anna Dymna, Olga Szwajgier, Jerzy Trela – wiele im zawdzięczam. Ale była też grupa profesorów, których irytowałam. Oni chcieli każdego studenta uformować w ten sam sposób. Uważałam, że taka nauka zabija indywidualizm, dlatego buntowałam się. Jeśli coś mnie uwiera, umiem powiedzieć „nie”, zarówno w sytuacjach zawodowych, jak i prywatnych

Offline

 

#7 2009-09-06 13:38:42

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Polecam bardzo ciekawy artykuł z Mają Ostaszewską
Dodatek do gazety ,,Fakt'' Gwiazdy
http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/01a … 97769.html

Offline

 

#8 2009-09-06 13:39:18

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Chcę być tu i teraz - wywiad z miesięcznika "Teatr"


ALEKSANDRA REMBOWSKA Jak w szkole teatralnej wyglądały zajęcia z improwizacji?

MAJA OSTASZEWSKA W szkole krakowskiej improwizacji uczyli mnie Krystian Lupa i Jan Peszek. Jednak pojmowanie jej, wprowadzenie do niej było w tych dwóch przypadkach całkowicie różne.
Na zajęciach u Krystiana Lupy, zanim przystąpiliśmy do improwizacji, dużo rozmawialiśmy o materiale, który stanowił dla nas punkt wyjścia. Były to sytuacje często wzięte z życia. Krystian zadawał jakiś temat. W centrum naszej uwagi zawsze znajdowały się postaci – ich stany duchowe, psychologia. Rozmawialiśmy o tym, co skrywa ich podświadomość. Potem rozchodziliśmy się i każdy przygotowywał monolog wewnętrzny postaci, wyobrażając sobie, co w danej scenie może ona myśleć, jakie są jej pragnienia, dążenia, lęki. Lupa sprawdzał naszą czujność, uwagę zwracaną na partnera. A my, w ramach monologu wewnętrznego, snuliśmy tymczasem nasze wyobrażenia o partnerze, przewidywaliśmy jego reakcje, zachowania. Nasze, często bardzo różne, wyobrażenia w końcu się spotykały. Trzeba było siły i determinacji, by przeprowadzić scenę zgodnie z własnym punktem widzenia, a jednocześnie być otwartym na partnera i umieć go słuchać. Ćwiczenia ukazywały, jak ważne jest skupienie na partnerze, jak nosić temat w sobie, a jednocześnie stanąć „tu i teraz” wobec partnera, odpowiadać na sygnały i intencje drugiej osoby.
Pracując w teatrze od czasu do czasu piszę monologi wewnętrzne moich bohaterek. Jeśli mam trudności z dopasowaniem do siebie roli, piszę coś w rodzaju szkicu postaci. Tak było na przykład w pracy nad „Lunatykami” i „Przypadkiem Klary”.
W szkole, na zajęciach z improwizacji, Jan Peszek w sposób szczególny podkreślał znaczenie czujności wobec partnera. Nazywał to muzykalnością. Owo pojęcie nie miało jednak nic wspólnego z powszechnym tego słowa rozumieniem. Chodziło w nim po pierwsze o wspomnianą już uwagę, jaką należało obdarzyć drugą osobę, a także o poczucie i zachowanie rytmu w danej scenie czy sekwencji. Improwizowaliśmy u niego na zadany temat zawsze uwzględniając ów rytm i dbając o relacje. Peszek często odwoływał się podczas zajęć do teorii Schaeffera i Michaiła Czechowa.

REMBOWSKA Krystian Lupa w książce „Utopia. Penetracje” twierdzi, że w szkole teatralnej zbyt mały nacisk kładzie się na relacje międzyludzkie, psychologię kontaktów, a zbyt duży na teatr, warsztat. Warsztat aktora, jego zdaniem, to niekiedy pancerz, pod którym niewiele może się zdarzyć. Czy zgadzasz się z takim poglądem?

OSTASZEWSKA Rzeczywiście w szkole teatralnej w większym stopniu skupiamy się na tym, jak coś pokazać, jak przedstawić cechy charakterystyczne postaci, jak ją odegrać, a mniej na tym, o co tej postaci chodzi, co się dzieje z jej wnętrzem. Krystiana Lupę najbardziej interesuje autentyczne przeżycie człowieka, które czasami jest poza kontrolą. Gdy całą naszą uwagę koncentrujemy na psychicznej kondycji postaci, „łączymy się” z nią, „sklejamy”, wtedy ciało może zachowywać się intuicyjnie. Nie musimy już myśleć o tym, ile kroków zrobić, kalkulować, w którą pójść stronę. Ciało podąża za emocjami, a nawet dyktuje, jak mamy zareagować. W tej metodzie jest coś naturalnego, organicznego, coś co pozwala w sposób harmonijny dojrzewać do postaci, którą mamy być na scenie.
Jednak równocześnie, w moim przekonaniu, należy pozostać otwartym na różne drogi dochodzenia do roli, stosować rozmaite środki w zależności od miejsca, zapotrzebowań i oczekiwań, czuć konwencję, jaką proponuje dany reżyser. Kiedy przychodzi nam zagrać, dajmy na to, w klasycznej sztuce, trzeba wiedzieć, jak się zachować, jak usiąść, mówić, chodzić. Tego uczy szkoła. Moim zdaniem, żeby pozwolić sobie na rezygnowanie z pewnych elementów warsztatu aktorskiego trzeba najpierw go mieć. Sama staram się nie odwoływać tylko do jednego systemu, sposobu pracy nad rolą.

REMBOWSKA Krystian Lupa pisze, że podczas pracy studenta-aktora nad wewnętrznym monologiem, on sam nie widzi powodu, by stawiać mu zadania aktorskie. Wynika z tej wypowiedzi, że monolog wewnętrzny nie jest przez Lupę traktowany w kategoriach zadań aktorskich. Jest czymś innym, czymś więcej.

OSTASZEWSKA Wydaje mi się, że Lupa czyni rozróżnienie między czysto ludzkim poszukiwaniem, a warsztatem aktorskim, jako sposobem, deklaracją wyrażania uczuć, emocji, stanów. Podważa powszechne przyjęte, stereotypowe sposoby budowania roli za skostniałe. Świeże pomysły, nawet gdy po chwili okazuje się, że są niewiele warte, zawsze wydają mu się ciekawsze niż gotowe recepty zachowań. Elementarne zadania aktorskie, już na pierwszym roku, mają element „gotowca”, utrwalonego przez lata pewnego wzorca reakcji często bardzo szablonowego i powierzchownego. Reakcja na tę sama informację może być skrajnie różna, zależna od postaci, którą gramy, jej psychiki, cech osobowościowych, kontekstu.

REMBOWSKA Kiedy i jak następuje przełożenie monologu wewnętrznego na konkretne działania, kształt fizyczny postaci?

OSTASZEWSKA To jest proces. Owo przejście nie dzieje się w precyzyjnie określonym momencie. Dotarcie do tego, co podświadome, ukryte, nienazwane, nie intelektualne w postaci, poprzedzają zawsze u Krystiana wnikliwe próby analityczne, w trakcie których budujemy background postaci. Mówimy dużo o ich dzieciństwie, o tym, jakie noszą w sobie lęki, jakie mają problemy, z czym sobie radzą, a z czym nie. Drugi nurt prób analitycznych to rozmowy o stanach emocjonalnych i duchowych postaci, szukanie inspiracji, na przykład w filmach, przede wszystkim zaś zawierzenie własnej intuicji.
Kiedy przygotowywałam się do roli Klary, znalazłam w jakimś piśmie portret kobiety sfotografowanej w niebieskim świetle – pięknej i lodowatej zarazem. Poruszyło mnie to zdjęcie, wyrwałam je z magazynu i schowałam do egzemplarza sztuki nie bardzo jeszcze wiedząc, do czego może się przydać. Po jakimś czasie, w pracy nad rolą doszłam do momentu, w którym Klara jest w bardzo złym stanie psychicznym i ma przeczucie zbliżającej się śmierci, jej nieuchronności. Pamiętam, że wtedy, po jakiejś próbie, wyobraziłam sobie Klarę, pełną lęków, która schodzi do podziemnej stacji metra. W korytarzu spotyka dziwną kobietę – z tamtą zimną twarzą. Widząc ją, wie że to właśnie jest śmierć, która na nią czeka. Można zapytać, po co to wszystko wymyślam? Czy widzowie dostrzegą cokolwiek z moich wyobrażeń? Kiedy jakiś czas później rozmawialiśmy z reżyserem na temat tego, czym dla Klary jest śmierć, Krystian zwrócił uwagę, że śmierć musi mieć konkretną twarz. Obraz realnej twarzy śmierci przypomina mi się w scenie, gdy Klara leży na łóżku hotelowym - całkowicie bezradna, rozbita, pogrążona w depresji. Ten widok pomaga mi uruchomić emocje.
„Dokumentacja” pracy podczas prób, inspiracje i skojarzenia przychodzące z rozmaitych stron stają się częścią monologu wewnętrznego granej przez nas postaci. Ważny jest tu stan początkowy. Punkt wyjścia. Lupa jednak bardzo dba o to, byśmy się nie przywiązywali do określonych rozwiązań, byli otwarci, wciąż szukali nowych propozycji i przeżyć.

REMBOWSKA Co znaczy pojęcie „dobrze nastrojony aktor”?

OSTASZEWSKA Przed premierą czuję się niekiedy jak dzikie zwierzę gotowe do skoku przed polowaniem. To poczucie mówi mi, że jestem dobrze nastrojona. Dla mnie aktor dobrze nastrojony to aktor skupiony, nie rozproszony. Jeśli pojawiają się lęki, nie można ich odrzucać. Trzeba umieć z nimi pracować, radzić sobie, a nie udawać, że nie istnieją. Każde „zatupane” przeze mnie napięcie widać potem na scenie.

REMBOWSKA Czym jest dla Ciebie rejon „śniącego ciała” – pojęcia Arnolda Mindella, które tak zafascynowało Krystiana Lupę?

OSTASZEWSKA Dla mnie to coś w rodzaju transu, choć nie jest to określenie precyzyjne, a do tego brzmi trochę egzaltowanie. W pracy w teatrze nigdy nie doświadczam niekontrolowanego „odlotu”. Chodzi tu raczej o rodzaj najwyższego skupienia, uważności, bycia tu i teraz, a także uwolnienie się od świadomości odgrywania czegokolwiek, od wstydu i autokontroli. Oczywiście do pewnego stopnia. Znaleźć się w rejonie „śniącego ciała” to wsłuchać w siebie, pozwolić sobie na swobodę, na wolność ciała. Wówczas gesty, charakterystyczne dla postaci ruchy przyjdą same, w sposób naturalny, a nie wykoncypowany.

RERMBOWSKA Jak wygląda droga dochodzenia do „śniącego ciała”? Czy można ją porównać do praktyk medytacyjnych, które łączą ciało i ducha?

OSTASZEWSKA Każdy inaczej pojmuje ową drogę. Być może nawet istnieją pewne rozbieżności w pojmowaniu pojęcia „śniącego ciała” przez aktorów i samego reżysera. Dla mnie „śniące ciało” to, jak powiedziałam, rodzaj intensywnego skupienia. W tym sensie mogłabym owo doświadczenie porównać do medytacji buddyjskiej, którą praktykuję. Pracuję z umysłem, uczę się „intensywnego” bycia w konkretnej chwili. Koncentracja pomaga też aktorowi w jego walce z własnym ego, ambicjami, z samokontrolą, stresem, ciśnieniem, które sam na siebie wywiera.
Spełnienie i skuteczność w teatrze jednak wcale, moim zdaniem, nie musi wiązać się z duchowo-cielesnymi praktykami czy „nawiedzeniem”, które miałoby nas do teatru przybliżać. Przecież ci, którzy są daleko od religii, często okazują się bardziej uduchowieni niż pozostający w jej bliskim kręgu – jak zauważa Bert Hellinger. Sama, po latach pracy na scenie, staram się nie ulegać egzaltacji, nie popadać w patos.
Systemy gry aktorskiej, jakkolwiek byłyby doskonałe, często po jakimś czasie zawodzą. Więcej, gdy uznamy jakąś metodę za lepszą, nowocześniejszą, bardziej skuteczną od innych i jedyną właściwą, a na dodatek przywiążemy się do niej, niepostrzeżenie sami stajemy się jej niewolnikami. Paradoksalnie to, co miało być naszą wolnością może nas usztywnić.

REMBOWSKA Jak wygląda Twoja praca z przestrzenią w teatrze, jak uruchamia się przy tym wyobraźnia?

OSTASZEWSKA Na pewnym etapie pracy trzeba umieć popatrzeć na przestrzeń sceniczną i samą siebie jakby z boku, jak na obraz, na pejzaż. Dostrzec fakt, że ja sama stanowię element tej przestrzeni. Świadomość przestrzeni i tego, że jesteśmy jej elementem zwiększa naszą siłę przekazu wobec widzów. Przed próbą czy premierą często wchodzę na pustą scenę i staram się ją oswoić. Dotykam stołu, przy którym będę siedzieć, krzesła, łóżka – to są moje sprzęty. Nie traktuję okna sceny jako czwartej ściany. Lubię czuć tę ciemną przestrzeń, energię widowni. Pamiętam, że adresat jest gdzieś na jej końcu.

REMBOWSKA Czy praca z Krzysztofem Warlikowskim, reżyserem „Lupopochodnym”, bywa podobna do tej, z jaką spotykasz się u samego Lupy?

OSTASZEWSKA Krzysztof już od wielu lat tworzy swój własny, wyrazisty język teatralny, daleki od Lupy, ale równie silny. Przy próbach „Kruma” improwizacja była bardzo ważnym elementem pracy. W podobny sposób jak u Lupy szukaliśmy rozwiązań, inspiracji. Gdy chodzi o pracę z aktorem Krzysztof Warlikowski również głęboko się zanurza, silnie wciąga aktorów w swoją przestrzeń, fascynujący go temat. Stara się i pomaga nam „zagnieździć się” w jego świecie. Porywa nas, jak Lupa, w swój świat, a my, aktorzy, zaczynamy czuć i widzieć rzeczy jak on, nawet gdy są one pozornie niezrozumiałe, abstrakcyjne, odrębne. Obu twórców różnią tematy, estetyka, ale łączy wrażliwość i czułość dla aktora.

REMBOWSKA Czy „schodzenie” w głąb siebie, grzebanie w podświadomości nie narusza Twojego wewnętrznego porządku?

OSTASZEWSKA Nasz profesjonalizm nie powinien nam na to pozwolić. Trzeba wiedzieć, kiedy można sobie pozwolić na emocjonalne „rozhuśtanie” i kiedy należy się pozbierać. Przygotowując się do roli Klary, na wstępnym etapie, zapragnęłam doświadczyć podobnych uczuć, udręki, tego „rozpadu”, jaki jest udziałem mojej bohaterki. Po to, by choć na chwilę się z nią zidentyfikować. Ale taki stan nie mógł trwać zbyt długo. Umiałam się od niego odciąć. Stawiam sobie wyraźne granice.

Offline

 

#9 2009-09-06 13:41:07

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

Taki krótki wywiad z Mają ( opowiada trochę o synku):

http://nocoty.pl/title,Marzenia-Ostasze … ,film.html

Offline

 

#10 2009-09-06 13:41:21

MeG-18

Administrator

Zarejestrowany: 2009-09-05
Posty: 37
Punktów :   

Re: Wywiady i artykuły

zwiastun filmu ' ile waży koń trojański' ...Maja O. jest w ok 1 min 7 sek...wali w mordę 

http://monolith.pl/19/?user_monolith_pi … Uid%5D=194

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Poznam kolege najwieksze mocarstwa w historii jak grać w top eleven reinstalacja windowsa xp www.smcraft.pun.pl